O wiejskich rowerzystkach
Na prośbę Krisa, kolegi z redakcji, wrzucam dzisiaj archiwalny reportaż o wiejskich rowerzystkach. Kris zamęcza mnie od lat rozmowami o tych dzielnych kobietach i tworzy coś na kształt 1-osobowego fanklubu tego właśnie reportażu i tych pań. 4 lata temu, kiedy pisałem ów reportażyk, nic nie wiedziałem o rowerowych zamiłowaniach Pana Krzysia. Dziś wiem.
Blogowy come back reportażu „Sie kręci” dedykuję Krisowi. To autorska wersja tekstu, bez adiustacji innych redaktorów i bez poprawek korektorskich. Te panie naprawdę istnieją. Jeżdżąc samochodem po wiejskich drogach na pewno je widzieliście. Pamiętajcie - to bohaterki!!!
PS. Jeśli uda mi się odnaleźć zdjęcia, to je wrzucę. robiłem je jeżdżąc za moimi bohaterkami rowerem „góralem”, a jak powiedziała jedna z nich: „góral nie nadaje się na asfalt” (sama miała klasyczną damkę), więc sami rozumiecie, że te foty to owoc ciężkiej pracy. Poszukam.
SIE KRĘCI
- Jechać mogę bardzo daleko - pani Gabrysia na moment popada w zadumę. - Nieraz się jeździło aż rama pękła - dodaje, opierając się całym ciężarem o kierownicę. Przez moment wydaje się, że czerwona damka tego nie wytrzyma.
Dochodzi południe. Spiekota. Wszędzie pełno małych muszek. Wpadają do oczu, do ust, czasem którąś się połknie. Pani Gabrysia ma żółtą koszulkę i to przyciąga nieznośne owady. Ale kobieta się nie przejmuje. Ubrana w brązową, długą spódnicę, w klapkach na obcasie, sunie majestatycznie na swojej czerwonej damce trzymając się skraju jezdni: „Czasem tak blisko samochód przejedzie, że strach”. Z kierownicy zwisa torba z zakupami. Przy gwałtownym ruchu kierownicą obija się o widełki, uderza w koło, zahacza o szprychy. Wtedy można stracić równowagę.
Burza, deszcz, czy grad
Pani Gabrysia mieszka w Strzyżawie pod Bydgoszczą. Ma czterdzieści lat, męża, dzieci i nie wiadomo który z kolei… rower. Bez roweru na wsi ani rusz.
- Po dzieciaki do szkoły. Do sklepu. Do kościoła. Wszędzie się jeździ. Burza, deszcz, czy grad - wylicza kobieta.
Jej charakterystyczną sylwetkę znają wszyscy w okolicy. Czasem widać jak Gabrysia zmaga się z wiatrem na moście w Fordonie, jadąc do koleżanki na kawę.
- Czasem i trzy razy w tygodniu wyskoczę sobie na osiedle Bohaterów do znajomej.
Kiedy najmłodsze z dzieci chodziło do „zerówki” pani Gabrysia dwa razy dziennie robiła trasę do Ostromecka i z powrotem. W sumie około dziesięciu kilometrów. Bez względu na pogodę, dzień w dzień ten sam kurs przez cały rok.
- Sadzałam dzieciaka na bagażniku i w drogę.
Kilka dni temu, niedaleko domu pani Gabrysi otwarto nowy szlak rowerowy Bydgoszcz-Toruń. W niedzielę przetoczył się tędy kolorowy peleton turystów ubranych jak zawodowi kolarze. Obcisłe trykoty, kaski, sportowe buty. Rowery też mieli inne. Lśniące, z przerzutkami.
- Teraz nie muszę już drałować szosą do sklepu - pani Gabrysia w niedzielę nie pchała się na szlak. Tłoku nie lubi. Zakupy w sobotę zrobiła.
W cieniu góry
Pod Gzinem niedaleko Dąbrowy Chełmińskiej jest góra, na którą wjeżdża się prawie pół godziny. Za to podczas zjazdu osiąga się prędkość 60 km/h. Miejscowe rowerzystki znają ją dobrze. Większość z nich za młodych lat pokonywała wzniesienie bez zsiadania z roweru. Dziś zeskakują z siodełek w połowie wzniesienia i podprowadzają rower w ręku. Przynajmniej można wtedy podziwiać malownicze krajobrazy pradoliny Wisły.
- Oj, pod gzińską górę to już nie podjadę - pani Stefania nazbierała w lesie szyszek na rozpałkę i właśnie wraca do domu. Mieszka w Czarży. Od sześciu lat jeździ na niebieskiej „damce”. Do Unisławia z koleżanką na zakupy, do Dąbrowy na rynek.
- Dla przyjemności się jeździ. Czasem robię sobie takie trasy dookoła: Rafa, Słończ, Czarże.
Pani Stefania: 57 lat, krótkie blond włosy, szczupła, niewysoka, dużo się uśmiecha. Ubrana sportowo - bawełniana koszulka, spodnie od dresu. Na nogach charakterystyczne dla wiejskich cyklistek klapki.
- Jeździ się w tym, w czym się chodzi na co dzień - 72-letnia Aniela Błaszkiewicz z Czarży przeżyła trzy zawały. Od trzech lat ma wiśniową „Amazonkę”, która towarzyszy jej w rozlicznych podróżach: do gminy, żeby coś załatwić, do Dąbrowy do apteki, na pole, do lekarza, do lasu. Latem jej strój rowerowy to przewiewna sukienka w kwiaty. Zimą jeździ bez rękawiczek.
- Ja odporna jestem, zimna się nie boję. Tylko te muszki okropne - pani Aniela próbuje złapać owada szybkim zagarnięciem ręki. Przed chwilą zrobiła zakupy w miejscowym sklepie. Roweru nie zapięła. Oparła go na stopce i zostawiła na chodniku. Tu nie kradną.
Jestem wolna
Złodzieje rowerów grasują przed kościołami. Wie o tym aż za dobrze Krystyna Wieraszko z Serocka. Miała kiedyś piękną damkę z „Rometu”, ale ukradli ją, kiedy modliła się na nabożeństwie majowym. To było piętnaście lat temu, teraz jeździ czerwonym składakiem, który na wszelki wypadek zabezpiecza stalową linką. Wehikuł jest mocno wysłużony.
- Przynajmniej go nie ukradną.
Dochodzi południe. Jest słonecznie i bezwietrznie. Jedziemy asfaltówką Wudzyn-Serock. Spieszymy się, bo synowa pani Krystyny poszła dzisiaj do lekarza, a dzieci wracają ze szkoły o 12.00 i trzeba się nimi zająć. Przed nami siedem kilometrów płaskiej, prostej drogi. Żadnych wzniesień, zakrętów. Wokół pola. Pani Krystyna jest w chustce w kwiaty, na nogach ma przepisowe klapki i wielobarwne bawełniane spodnie. Pedałuje równo, nie gubiąc rytmu na niewielkich podjazdach. Od lat leczy się w poradni onkologicznej, ale na szczęście lekarz nie zabronił jej jeździć na rowerze. I 54-letnia wdowa, Krystyna Wieraszko jeździ. Wszędzie. Do Serocka siedem kilometrów, do Lubiewa dwadzieścia kilometrów.
- Wsiadam na rower i żem jest wolna. Droga otwarta. Od nikogo nie jestem zależna. Nie czekam na pociąg. Nie gnam na autobus.
Za młodu co tydzień pokonywała trasę z rodzinnego Zielonczyna do Serocka. Jeździła na niedzielną mszę. Około ośmiu kilometrów. Od wiosny do jesieni jeździło się rowerem, zimą - wędrowało pieszo.
- Najdłuższe trasy? - zastanawia się. - Do Lubiewa, do dentysty. Czasem leciało się z bolącym zębem.
Pani Aniela z Czarży czasem jeździ też samochodem.
- Ale to rzadko. Wolę rower, bo paliwa nie trzeba lać, no i to zawsze zdrowiej - śmieje się.
- Trzeba jeździć, bo inaczej brzuch urośnie - Krystyna Wieraszko używa roweru również w celach turystycznych. Z dziećmi, które dziś już są dorosłe, zjeździła setki kilometrów po okolicznych gruntówkach.
Damy na „damkach”
Królują „damki”. Szeroka, wygięta kierownica, wielokrotnie pomalowana rama, wygodne siodełko, duże koła na zdartych oponach, niemodna lampa na dynamo.
- Przerzutki? - wzrusza ramionami pani Aniela, opierając się, o wspornik swojej „Amazonki”, jak o przyjaciela. - Ja muszę mieć starodawny rower. Nie rozeznam się na tych przerzutkach.
- Czy lampa działa?- pani Gabriela wygląda na zakłopotaną. - Nie jeżdżę po nocach.
Jej czerwona maszyna jest klasycznym „składakiem”. Każdy element pochodzi od innego roweru. Obręcze kół są lekko pordzewiałe, rozcentrowane. Składaniem rowerów zajmuje się mąż pani Gabrysi. Zawsze coś przełoży, coś przerobi. - Aby był rower, aby było czym jeździć - nie przejmuje się cyklistka.
Mąż pani Krystyny nie lubił jeździć rowerem. Wolał traktorem.
- Mężczyźni zabierają nam samochody, bo dojeżdżają do pracy, więc nam pozostają tylko rowery - skarży się młoda kobieta spod Czarży, wioząc na bagażniku kilkuletniego synka.
Rowerzystki dominują na wiejskich drogach. Na pięć rowerów, średnio czterech dosiadają przedstawicielki płci pięknej. Najczęściej nie jeżdżą „na pusto”. Przemieszczają się na rowerach objuczonych zakupami albo dziećmi. Kolarski trening zaczynają już w dzieciństwie, dojeżdżając do szkoły i na pole. Ścigają się z chłopcami. Traktują jazdę jako zabawę. Z czasem chłopcy przesiadają się na motory, kupują auta. Swoim kobietom kupują większe rowery.
Elwira i Cecylia Skórzewskie, z „tych” Skórzewskich, ubrały się dzisiaj odświętnie. Koronkowe, jasne bluzki, spodnie w kancik, nowe klapki. Stroje pasują nawet do lśniących rowerów z przerzutkami, na których przyjechały. Miały w Serocku kilka spraw do załatwienia.
- Musimy jechać - tłumaczą skrępowane. - W Glinkach zostawiłyśmy pradziadka samego z dwuletnim dzieckiem.
Z Serocka do Glinek jest pięć kilometrów.
Krystyna Wieraszko nie lubi nowoczesnych rowerów.
- Góralem ciężko jechać po asfalcie - wzdycha i ubolewa nad smutnym losem kobiet z miasta.
- No bo kto takiej babci sięgnie rower z wieżowca? Sama sobie nie zniesie. No i gdzie ma babcia jeździć? Po mieście, żeby ją przejechali? - konstatuje pani Krystyna. Ostatnio coraz rzadziej jazda na rowerze łączy się dla niej z obowiązkiem.
- Dla relaksu jeżdżę. Do córki, do syna. Rano se wyjadę, wieczorem se wracam.

